30.05.2018:
Palący problem

ATF_Sesja 171012_024

Zaufanie to podstawa prowadzenia biznesu. Każdego. Wszędzie.

Tymczasem zaufanie do „branży śmieciowej” topnieje w ostatnim czasie wprost proporcjonalnie do ilości dymu, jaki powstaje z płonących odpadów.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że wizerunkowo najbardziej ucierpiały składowiska odpadów, które w rzeczywistości z trwającą falą pożarów nie mają nic wspólnego.

Odczarujmy rzeczywistość

Wszystkie pożarowe zdarzenia z ostatniego miesiąca – naliczyłam ich 18 – i bieżącego roku (około 40) dotyczą magazynów odpadów i miejsc zbierania odpadów. Żaden z tych pożarów nie dotyczył składowisk (wysypisk) odpadów. Wbrew utartemu przekonaniu, składowiska odpadów to instalacje pożarowo dość bezpieczne, szczególnie te wyposażone w systemy czynnego odgazowania złoża, a takich na szczęście mamy w Polsce zdecydowaną większość.

Zatem dla porządku:

Nie płoną składowiska lecz magazyny odpadów. Różnica jest zasadnicza.

Z uwagą śledzę komentarze, których w temacie nie brakuje. Z niepokojem obserwuję równolegle coraz bardziej widoczny efekt Krugera-Dunninga: nie znam się, więc się wypowiem. Rozwaga w przyjmowaniu za pewnik wszystkiego co słyszymy  jest jednak bardzo wskazana, bo łatwo wpaść w pułapkę.

Po pierwsze:

Samozapłon w odpadach jest zjawiskiem fizycznie możliwym, czy nam się to podoba, czy nie. Wie o tym każdy, kto kiedykolwiek zetknął się z tą materią. W tym również każdy, kto starał się o wydanie decyzji zezwalającej na zbieranie odpadów lub prowadzenie działalności związanej z odpadami. Jedną z zasadniczych części wniosków o wydanie takich decyzji jest bowiem opis sposobów zapobiegania poważnym awariom – w tym pożarom – oraz sposobów reagowania na nie. Już samo to pokazuje, że ryzyko wystąpienia pożaru jest jak najbardziej realne.

Nie chcę być czyimkolwiek adwokatem. Bardzo krytycznie odnoszę się do czarnej serii ostatnich zdarzeń i mam obie ręce w gotowości, aby podpisać się pod rozwiązaniami, które spowodują, że winni zostaną pociągnięci do konsekwencji. Zwracam jednak uwagę, że każdy z tych przypadków wymaga odrębnej, gruntownej i bardzo merytorycznej analizy specjalistów. Przestrzegam przed pochopnym wrzucaniem wszystkich tych zdarzeń do jednego worka.

Po drugie:

Powstało mylne wrażenie, że wszystkie płonące odpady to nielegalny, nieokiełznany import z zagranicy i że to te odpady stanowią problem. Coraz wyraźniejsze są głosy sugerujące, że jeśli ograniczymy przypływ odpadów z innych krajów to problem będzie rozwiązany.

Otóż nie.

Gros pożarów dotyczy naszych, rodzimych odpadów, powstałych w rodzimych sortowniach, z naszych gospodarstw domowych. Blokada importu odpadów nie rozwiąże polskiego problemu z odpadami, który właśnie w postaci tych katastrof objawił się jak w niestrawnym destylacie.

Po trzecie:

Gdy temperatura dyskusji jest bardzo wysoka, język faktów zastępowany jest często językiem emocji. W ich przypływie ciągle słyszę, że prawo odpadowe w Polsce trzeba napisać na nowo. Tylko że prawo to nie jest pole, które można zaorać, zasiać na nowo i czekać na rychły plon. Tworzone przez lata regulacje dały prawa i obowiązki, pozwoliły na stworzenie organizmów firmowych, samorządowych i państwowych w określony, możliwy w danym czasie sposób. Nie dajmy się zwariować i nie ulegajmy wrażeniu, że coś da się zrobić natychmiast, na nowo, od podstaw – tym razem doskonale i bez żadnych uchybień.

Zamiast tworzyć nowy porządek, należy raczej zacząć egzekwować ten już istniejący.

W tym konkretnym, pożarowo-importowym kontekście przywołam jako przykład tylko jedną regulację, zgodnie z którą dla uzyskania zezwolenia na przywóz odpadów wymagane jest ustanowienie gwarancji finansowej. Każdy podmiot przywożący na teren Polski odpady jest zobowiązany do przesłania organowi wydającemu zezwolenie zaświadczenia o ostatecznym odzysku odpadów. Sensem tego mechanizmu jest to, by na terenie kraju nie znajdowało się więcej nieprzetworzonych partii odpadów niż ilość, dla której została ustanowiona gwarancja finansowa.

Co by było, gdyby ta regulacja była skutecznie egzekwowana?

Realne koszty i nierealne konsekwencje

Ekologiczne i zdrowotne koszty ostatnich wydarzeń są nie do policzenia. Tych strat nie pokryje żadna gwarancja finansowa, ani nie zrekompensuje majątek takiej czy innej spółki.

Absolutnie nie przekonują mnie zapewnienia, że jesteśmy bezpieczni, bo palą się tworzywa sztuczne a nie odpady toksyczne. To jest oczywista bzdura.
Nie uspokaja mnie nawet odległość jaka dzieli mnie fizycznie od Zgierza…

Koszty akcji gaśniczych da się policzyć i pewnie wkrótce poznamy konkretne liczby. Wspólnie w tych kosztach partycypujemy. Długu wdzięczności wobec strażaków oczywiście nie da się spłacić.

Swoisty rachunek strat pojawia się także po stronie branży odpadowej, której częścią jestem od wielu lat. Czarny PR przybrał mocno na intensywności, a reputacja branży zalicza chyba najniższe z możliwych noty. Szkoda – bo w takiej atmosferze trudno o kulturę zaufania, stabilne otoczenie prawne i jeszcze trudniej budować zdrowe, biznesowe relacje. Taki stan rzeczy jest szczególnie dotkliwy dla tych uczestników odpadowego rynku, którzy działają długofalowo i odpowiedzialnie.

Najbardziej martwi perspektywa, w której bezpośrednio odpowiedzialni za tę sytuację nie poniosą konsekwencji. W co najmniej kilku przypadkach pożary przydarzyły się „sezonowym spółkom”, którym nie zależy ani na reputacji własnej, ani tym bardziej na reputacji branży. One nie odczują skutków zmian w prawie, bo nie respektowały go do tej pory i nie będą respektować w przyszłości.

Taki ostateczny rozkład kosztów, odpowiedzialności i konsekwencji bardzo martwi.

Agnieszka Fiuk,
dyrektor zarządzająca w ATF Polska